daj mi dwa dni….

No i stało się. Byłam, widziałam, wróciłam, ale niestety nie pełna nadziei tylko smutna.

Na czym stanęło ? Na niczym…Miałam zupełnie inne wyobrażenia, widać każde z nas ma inne plany, nie są one wspólne tylko rozmijają się, a ponoć szkoda życia na ociąganie się.

Będzie trudno to wiem.

Do tej mam wrażenie, że chyba nie wiedział jak to powiedzieć, ale nie wiem czemu nie chciał iść na fontanny, czemu nie chciał bym zostawiła rzeczy do następnego razu (dla mnie bez sensu za każdym razem wozić pewne rzeczy, niby nie ciężkie ale miejsce zajmują).

Myślałam, że jednak lubi mnie bardziej niż lubi się przyjaciół…rok temu tak było,ale dziś jest inny czas, inny rok…

Proponowałam przyjazd na jeden dzień,ale tematu nie podchwycił, mówiłam, że 24 mogę przyjechać na dwa dni, po czym okazuje się, że ma imprezę. Ja się pytam – gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Każdy z nas ma rodziców…ale być ciągle im podporządkowanym i bać się powiedzieć, że ma się kogoś to chyba jest coś nie tak.

To ja ryzykowałabym i chciałam podjąć to ryzyka, ale sama nie mogę chcieć. W pojedynkę nic się nie zwojuje.

Chciał dwa dni…Minęły i finał jaki? Brak.

Byłam naiwna, ślepo wierzyłam w coś co od samego początku było skazane na fiasko? Moje wyobrażenia były mylne, żle rozumiałam to co mówił i pisał? A może jest tu drugie dno i jednak jest ktoś inny, tylko komuś brakuje odwagi by to powiedzieć?

Nie raz, nie dwa mówiłam aby był względem mnie szczery….

Co ze mną jest nie tak? Myślałam, że będą jakieś wspólne wakacje, coś razem, ale widać to jak chciała i sama w tym byłam. To co było mówione to były tylko słowa bez pokrycia, na które nabrałam się kolejny raz, ale tym razem myślałam, że facet, który dostał tak po tyłku będzie rzeczowy, konkretny i będzie wiedział co chce, ale okazało się, że chce ale boi się podjąć jakieś ryzyko. Smutne, ale prawdziwe.

Nie mam siły czekać, bo raczej nie ma na co, brak rozmowy, jasnych informacji…

Boli…

Ciągle coś….

Jasna cholera, czasem mam ochotę paść, ryczeć, krzyczeć…. nie być Zosią samosią i oprzeć się na czyimś ramieniu, usłyszeć będzie dobrze…ale niestety jest jak jest.
Muszę sama bujać się z kranem, bo osoba na której myślałam, że można liczyć odparła „zobaczymy”, eks, który się na tym zna nawet nie wpadnie na pomysł by przysłać pracownika….kolegi z pracy nie mam już chęci prosić aby znowu przyjeżdźał i próbował przepchać rurkę….
Sama muszę jechać na przegląd, iść do apteki po proszki czy zrobić sobie herbatę….żeby było mało znowu z kotem coś się dzieje…..jutro dopiero wet.
Nie ogarniam tego wszystkiego chwilami i niech nikt nie pisze i mówi, że inni mają większe problemy bo ja to wiem, ale to są moje problemy, głupie dla kogoś, ale dla mnie istotne.
Nie umiem patrzeć jak zwierze się męczy i ciężko mi wyobrazić sobie, że może jego nie być….i to nie tylko jego….moich bliskich….