Z prochu powstałeś w proch się obrócisz

Z prochu powstałeś w proch się obrócisz.
Umiesz liczyć licz na siebie.
Z rodziną to na zdjęciu i to tak by móc się wyciąć.

Niestety to prawda, przekonałam się na własnej skórze.

Wyszliśmy w piątek ze szpitala, mimo ściągniętej wody z płuc nie widziano potrzeby zatrzymania na weekend.Odesłać do domu lub hospicjum, porządek w papierach, pacjenta nie ma,nie nasz problem.

Ostatnie wydarzenie do końca życia będą w mojej pamięci, wryły się pewne obrazy tak, że może z czasem nie będzie się ich widzieć.

Wózek inwalidzki, podłączenie pod tlen, problem z mówieniem, słowa „chce do domu”, jak bolało krzyczenie „dlaczego i to robisz”, „nie znam pani”…..ciągle słyszę do w uszach.

Czlowiek ma nie umierać w agonii, ma się nie męczyć, czasem jest inaczej i stoi się obok, patrzy się na to i nie można nic zrobić, to jest najgorsze, ta cholerna bezsilność.

Lekarz w rodzinie załatwił tylko pielęgniarkę, złotą dziewczynę, która na własną rękę przyniosła mi kroplówkę. Słowa „a wujek nie możesz?” .Nie nie może, bo nie chce, nie widzi potrzeby.

Ech….to boli.
Tylko my wiemy jak był ostatni tydzień. Walka o napicie się łyka wody, zjedzenie czegoś.

Piątek był taki fajny. Wspólnie zjedzony obiad, herbatka, rozmowy, śmianie się.  Czuwanie w nocy na przemian, pomaganie w dojściu do łazienki ( trwało to długo,w drodze powrotnej siedzenie na krześle i czekanie aż będzie siła aby dojść do łóżka).  Weekend na plus, noce ciężkie bo związane z bólem, ale razem.
W poniedziałek odpowiedni sprzęt medyczny przywieziony do domu.
Chwilowe zaniki świadomości, nie kojarzenie kto jest kim, gdzie się jest i ten cholerny smutek namalowany na twarzy….Nocna pomoc pielęgniarska, leki, leki i jeszcze raz leki.
W środę noc koszmarna, ból nieziemski, skręcanie się, wycie….Przyjechali z hospicjum na ma moją prośbę założyli motylka. Morfina podskórnie co 4 godziny. Znowu odloty. Na pytanie lekarza jak się pani czuje, była odpowiedż „A pan to kto? „. Od tej chwili zaczął się koszmar. Nie wiem dla kogo gorszy, ale byłam cały czas, siedziałam, mówiłam, nie ryczałam. Tylko raz, w nocy, puściły mi nerwy, padło „nie rycz”.
8:50 próba powiedzenia czegoś na koniec, pożegnanie się wzrokiem, trzymanie z ręcę, które zrobiły się fioletowe, zatrzymanie się akcji serca, po czym po chwili zycie wróciło….
Morfina co 4 godziny, pierwsze podawanie strach, czy nie da się zbyt dużo. Sen jak jest się duszonym przez wężyk od tlenu i słowa „czemu mi to robisz”….
Brak słów aby to opisać.

Cisza…pozostało tylko wspomnienie….
Nadal do mnie nic nie dociera.

W tych chwilach mogłam liczyć na Ozawę (rozmowy przez telefon), dziewczynę której nigdy nie widziałam na oczy, dała mi duże wsparcie i pomoc w postaci szukania sprzętu itp.(chciała mi nawet jedzenie zamowić przez net) i na podtrzymywanie na duchu przez byłego,który ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu kupił kwiaty.

Jestem, ale mnie nie ma…..

Wszystko jest inne.

Noc przespana kiedyś pewnie nastąpi,ale kto wie kiedy….

Nie wiem co będzie jutro, za tydzień….

CO MA SENS?

Słowa, że nikt by ze mną nie chciał być sprawił smutek w moim sercu. Bo ja bym chciała, ale czy to ma sens?
Bo to jak pakowanie się…..ja nazwałam się w gówno, a Ozawa kłopoty.
Może ja chce mieć takie kłopoty?
Napisałam smsa, którego nie wysłałam o treści ,że może nasza znajomość nie ma sensu,że może nalezy pozostać na poziomie rozmów telefonicznych. Ze moze nie ba sensu brnąć dalej chyba, że tylko ja to robię, i że może należy dać mi do zrozumienia co i jak. Może lepiej jak będę sama, jak to miało miejsce przez większość mojego życia .
Jedno wiem,mimo,że dawno nie widzieliśmy się zależy mi, czuję ten ucisk w brzuchu….
….może jednak powinnam dać sobie spokój? To tak jak z jazdą samochodem – jedna cześć nas mówi dodaj gazu, a druga ostrożniej.